poniedziałek, 4 czerwca 2012

Dzień Matki, Dzień Dziecka....kampania o mamach w pracy i co jeszcze?

Witajcie,baaardzo dawno nie było mnie w "blogosferze", życie zawodowe i rodzinne trochę to tłumaczy :).Dzisiaj jednak nie mam dla Was przepisu na czas z dziećmi czy podpowiedzi na wykonanie fajnych rzeczy do domu.Dzisiaj mam podpowiedź zupełnie inną: słuchajcie swoich mężczyzn :). 

Obchodziliśmy ostatnio dwa święta - Dzień Matki i Dzień Dziecka. Oba zapewne jak i u Was kolorowe, radosne, z dużą ilością słodyczy, zabawek, laurek, uśmiechów...W tym roku postanowiliśmy zrobić jednak inaczej: nie iść na łatwiznę z kolejnymi zabawkami, książeczkami itd. W tym roku poszliśmy na prawdziwy Dzień Dziecka! Jeden dzień w Zoo. Cały! Drugi dzień w AquaParku! Prawie cały!Ufff! Potrzebujemy urlopu :) ale nie o tym... To było najfajniejsze co mogliśmy zrobić! Nawet fakt kupna roweru w ten sam weekend był niczym - wieczorna odpowiedź na pytanie "co było najfajniejsze w ten weekend?" była prosta "jak to co? basen!" zarówno u Małego jak i Dużego Dziecka.

Cała ta "heca" weekendowa dała i mi coś od siebie: temat do myślenia...
Jak każda matka pracująca, chcąca mieć czas dla siebie i być idealną gospodynią domową i jeszcze do tego partnerem intelektualnym oraz kobietą życia dla swojego mężczyzny wpadam czasem w spiralę poczucia winy i wyrzutów sumienia. A to mam za mało czasu dla dzieci. A to mam za mało czasu dla siebie! A to mam za mało czasu dla Niego! A to mam za mało czasu na moje Daily Daisy. I tak w kółko, ciągle z poczuciem winy do wszystkiego i wszystkich... ciągle w pozie przepraszania, że z czymś się nie wyrabiam! I ten Dzień Dziecka, ostatni weekend mnie zatrzymał! Bo nie chodzi kompletnie o to ile... tylko jak! I to mężczyźni mają ten cudowny dar pokazywania nam tego dystansu.
Muszę się Wam przyznać, że odbyliśmy z Nim setki awantur o moje poczucie winy, ciągłe zajmowanie się dziećmi, wynajdywanie im tysiąca zabaw (co faktycznie zabija wyobraźnie), ciągłe kontrolowanie, ciągłe robienie czegoś... Podczas tych awantur był On oczywiście wrogiem numer jeden :) bo nie rozumie, nie jest kobietą, myśli inaczej itd.

W weekend mnie oświeciło! Miał racje! Moje dzieci doskonale radzą sobie beze mnie a córka wcale nie chce różowego roweru jak mi się wydawało i tylko marzyła o tym, żeby dostać swojego pilota do bramy na smyczy (nasz odpowiednik kluczy do domu na sznurku na szyi:)) i już jej nie było. A rower jest brązowo biały bo dawno zaczęła mieć swoje zdanie i swój świat :)
Mogłabym się po babsku wkurzyć na "a nie mówiłem" ale zamiast tego mam czas na książkę, pisanie bloga i lampkę wina. Czasem warto zdystansować się jak facet :) I koniecznie zatrzymać w tym całym wariactwie dnia codziennego :)

Ze specjalną dedykacją dla P.

2 komentarze:

  1. Monika - takie "oświecenia" są potrzebne. I fajne jest to, że mamy różne spostrzeżenia niż nasi mężczyźni. Dzięki temu zyskujemy inne spojrzenie na życiowe kwestie. Ja też kiedyś się obrażałam, wkurzałam i traktowałam uwagi jako podważanie mojego doświadczenia i autorytetu. Teraz jakoś inaczej to oceniam - choć oczywiście, czasem zdarza mi się zareagować emocjonalnie (ale to raczej wtedy, gdy z jakiś innych powodów odczuwam stres). My się zbytnio przejmujemy, potrzebny nam czasem ten męski dystans...

    OdpowiedzUsuń